Christian Dior Fahrenheit Aqua
Oto najciekawsza IMO kompozycja, która ujrzała światło dnia w roku 2011…
zapach Françoisa Demachy, to niesamowite ujęcie starcia dwóch żywiołów – wody i ognia, poprowadzone prawdziwie mistrzowską ręką… ten zapach na nowo przywrócił we mnie wiarę, że nadal możliwe jest wylansowanie wybitnego zapachu w tych ciężkich dla perfum czasach…
Jest to jednocześnie pierwszy od jakiegoś czasu wypust pod zobowiązującą nazwą Fahrenheit, który w pełni zasługuje na tę wzniosłą nazwę…
Po niezbyt interesującym Absolute i mizernym Fhrenheit 32 - przyszła nareszcie pora na Fafarafa z prawdziwego zdarzenia…. silnego, władczego, bezsprzecznie męskiego i wreszcie zapewniającego intensywne doznania olfaktoryczne…. zapachu zdolnego z godnością i dumą przejąć schedę po wielkim przodku – Fahrenheit a.d. 1988…
Zapach zaczyna się niemal suchą i wytrawną nutą cytrusów… nie czuję tu za bardzo mandarynki, jednak już od samego początku dostaję kopniaka w nos z ciężkiego podbitego żelastwem i gwoździami wojskowego trepa… Zapach zaczyna się z przytupem i wyraziście, nie pozostawiając złudzeń z czym mamy do czynienia… pachnie jak rasowy Dior… pachnie jak rasowy Fafarafa, do którego jest w znacznym stopniu podobny…
I jest to konkretny powód, by nazwać go imieniem zacnego przodka…
Niemal od samego początku bytu kompozycji na skórze, uderza jej podobieństwo do pierwowzoru… czuję głóg i fiołka znanego ze szlachetnego pradziadka, jednak wzmocnione osobą mięty… Orzeźwiająca mięta doskonale wyostrza kompozycję, nadając jej intensywnego, acz delikatnego sznytu…
Mięta ta stanowi chłodną, kojącą przeciwwagę dla znanego z klasyka gorącego, płomiennego serca zapachu…
Ten efekt wybornie oddaje ten wspomniany wcześniej efekt starcia na skórze dwóch skrajnych żywiołów… zapach walczy o atencję, jednak jest to walka niezwykle wyważona… żadna ze stron nie przejmuje w znacznym stopniu władzy nad kompozycją… Zapach pozostaje idealnie wyważony…
Umiejętnie dobrana równowaga sił ubarwia byt zapachu, nie dopuszczając do dominacji żadnej ze stron i jednocześnie rozświetla kompozycję…
Niemal czujemy fale słonej morskiej wody rozbijające się na skalnym wybrzeżu, po którym spływa rozpalona magma, zsuwająca się z sykiem do lodowatej wody…. niesamowite zjawisko…
Kompozycja jest podszyta nutą ziołową, która czyni zapach mniej inwazyjnym i bardziej przystępnym… nie ma tu ostrych krawędzi, które znają posiadacze Fafarafa w wersjach z przed reformulacji… zapach przebiega gładko i szlachetnie…
Czuć w tle delikatną nutę pieprzu wyostrzającą oblicze akordu bazowego… gdy dominująca serce mięta ustępuje miejsce nutom skórzanym, zapach zachowuje dzięki temu zabiegowi swój orzeźwiający charakter – ścieli się przyjemnie na skórze, wzbogacony delikatnym muśnięciem pieprzu i wytrawnej wetivery… Fenomenalna kompozycja… po prostu zniewalająca…
Wyobraźcie sobie Fahrenheita, którego można nosić latem… oto Aqua…
Najnowszy Aqua pachnie wprost niesamowicie ujmująco i urodziwie…. dawno nie wąchałem równie udanej kompozycji, doskonale wyważonej i poprawnej w każdym akordzie… po prostu wzorcowa kompozycja… szlachetna i wzniosła… szczerze zasługująca na budzące respekt imię, które nosi…
Flakonik w znanej dla serii formie zabarwiony jest w formie przejścia tonalnego od czerni aż po żółć… to spektrum wybornie oddaje niejednorodny charakter kompozycji… Trwałość jak przystało na Diora całkiem przyzwoita, oscyluje w zakresie 10-12 godzin…
Polecam szczerze bliższe zapoznanie się z tą kompozycją… czerpie garściami z kunsztownego oryginału, jednocześnie pozostając przeciwstawną, niezwykle przystępną, wybitnie skomponowaną propozycją na cieplejsze pory roku, gdzie klasyk dusi i męczy…
zapach Françoisa Demachy, to niesamowite ujęcie starcia dwóch żywiołów – wody i ognia, poprowadzone prawdziwie mistrzowską ręką… ten zapach na nowo przywrócił we mnie wiarę, że nadal możliwe jest wylansowanie wybitnego zapachu w tych ciężkich dla perfum czasach…
Jest to jednocześnie pierwszy od jakiegoś czasu wypust pod zobowiązującą nazwą Fahrenheit, który w pełni zasługuje na tę wzniosłą nazwę…
Po niezbyt interesującym Absolute i mizernym Fhrenheit 32 - przyszła nareszcie pora na Fafarafa z prawdziwego zdarzenia…. silnego, władczego, bezsprzecznie męskiego i wreszcie zapewniającego intensywne doznania olfaktoryczne…. zapachu zdolnego z godnością i dumą przejąć schedę po wielkim przodku – Fahrenheit a.d. 1988…
Zapach zaczyna się niemal suchą i wytrawną nutą cytrusów… nie czuję tu za bardzo mandarynki, jednak już od samego początku dostaję kopniaka w nos z ciężkiego podbitego żelastwem i gwoździami wojskowego trepa… Zapach zaczyna się z przytupem i wyraziście, nie pozostawiając złudzeń z czym mamy do czynienia… pachnie jak rasowy Dior… pachnie jak rasowy Fafarafa, do którego jest w znacznym stopniu podobny…
I jest to konkretny powód, by nazwać go imieniem zacnego przodka…
Niemal od samego początku bytu kompozycji na skórze, uderza jej podobieństwo do pierwowzoru… czuję głóg i fiołka znanego ze szlachetnego pradziadka, jednak wzmocnione osobą mięty… Orzeźwiająca mięta doskonale wyostrza kompozycję, nadając jej intensywnego, acz delikatnego sznytu…
Mięta ta stanowi chłodną, kojącą przeciwwagę dla znanego z klasyka gorącego, płomiennego serca zapachu…
Ten efekt wybornie oddaje ten wspomniany wcześniej efekt starcia na skórze dwóch skrajnych żywiołów… zapach walczy o atencję, jednak jest to walka niezwykle wyważona… żadna ze stron nie przejmuje w znacznym stopniu władzy nad kompozycją… Zapach pozostaje idealnie wyważony…
Umiejętnie dobrana równowaga sił ubarwia byt zapachu, nie dopuszczając do dominacji żadnej ze stron i jednocześnie rozświetla kompozycję…
Niemal czujemy fale słonej morskiej wody rozbijające się na skalnym wybrzeżu, po którym spływa rozpalona magma, zsuwająca się z sykiem do lodowatej wody…. niesamowite zjawisko…
Kompozycja jest podszyta nutą ziołową, która czyni zapach mniej inwazyjnym i bardziej przystępnym… nie ma tu ostrych krawędzi, które znają posiadacze Fafarafa w wersjach z przed reformulacji… zapach przebiega gładko i szlachetnie…
Czuć w tle delikatną nutę pieprzu wyostrzającą oblicze akordu bazowego… gdy dominująca serce mięta ustępuje miejsce nutom skórzanym, zapach zachowuje dzięki temu zabiegowi swój orzeźwiający charakter – ścieli się przyjemnie na skórze, wzbogacony delikatnym muśnięciem pieprzu i wytrawnej wetivery… Fenomenalna kompozycja… po prostu zniewalająca…
Wyobraźcie sobie Fahrenheita, którego można nosić latem… oto Aqua…
Najnowszy Aqua pachnie wprost niesamowicie ujmująco i urodziwie…. dawno nie wąchałem równie udanej kompozycji, doskonale wyważonej i poprawnej w każdym akordzie… po prostu wzorcowa kompozycja… szlachetna i wzniosła… szczerze zasługująca na budzące respekt imię, które nosi…
Flakonik w znanej dla serii formie zabarwiony jest w formie przejścia tonalnego od czerni aż po żółć… to spektrum wybornie oddaje niejednorodny charakter kompozycji… Trwałość jak przystało na Diora całkiem przyzwoita, oscyluje w zakresie 10-12 godzin…
Polecam szczerze bliższe zapoznanie się z tą kompozycją… czerpie garściami z kunsztownego oryginału, jednocześnie pozostając przeciwstawną, niezwykle przystępną, wybitnie skomponowaną propozycją na cieplejsze pory roku, gdzie klasyk dusi i męczy…
Oceny perfum Christian Dior Fahrenheit Aqua
Nuty zapachowe
- Podstawagrejpfrut, mandarynka
- Sercefiołek, bazylia, mięta
- Bazawetyweria, nuty skórzane
Zobacz perfumy
Christian Dior
w perfumerii
»
»
Rodzaje i pojemności
- Chciałbyś to mieć? dodaj do listy na chce.to
- Brak multimediów
Nie ma jeszcze opinii o tych perfumach.
Możesz być pierwszy!
